czwartek, 3 listopada 2016

Rozdział 41

Jeśli czytasz nie zaszkodzi ci skomentować, to dla ciebie sekunda, a dla mnie duża motywacja do dalszej twórczości :) 
________________________________________________________________________

- Ała. Możesz trochę delikatniej? - usłyszałam z kuchni cichy głos Tony'ego, dlatego zaciekawiona poszłam w tamtym kierunku.
- A czy ty łaskawie mógłbyś się zamknąć? Jesteś tak cholernie irytujący! - odpowiedziała Amy. Zmarszczyłam brwi, wchodząc do pomieszczenia. Oboje w tym samym czasie, podnieśli na mnie wzrok. Spojrzałam najpierw na przyjaciółkę, po chwili przenosząc wzrok na Tony'ego, który siedział bez koszulki na stołku barowym, opierając ręce na wysepce kuchennej. Plecami był zwrócony do Amy, która trzymała w ręce maść.
- Co sobie zrobiłeś? - zapytałam, wskazując na plecy chłopaka, na których znajdowały się liczne zadrapania i rozdarcia. Musiałam przyznać, że nie wyglądało to zbyt ładnie i na pewno musiało go boleć.
W pomieszczeniu zapanowała niezręczna cisza, dlatego z nadzieją spojrzałam na Amy, licząc, że ona wyjaśni mi to całe zajście, jednak wtedy również się przeliczyłam. Nie miałam pojęcia dlaczego, ale ona była naprawdę zła. Jej szczęka była mocno zaciśnięta, a oddech niespokojny.
- Długa historia - mruknął jedynie chłopak. Jego mięśnie delikatnie napinały się, kiedy Amy rozsmarowywała maść na jego ranach.
- Długa historia? - zapytała kpiąco przyjaciółka. - On jest po prostu głupim dzieciakiem, dla którego liczy się tylko dobra zabawa. - Stałam zszokowana, wsłuchując się w jej ostry ton. Tony wydawał się równie zdziwiony co ja.
- O co ci właściwie chodzi? - zapytał, gwałtownie odwracając się w jej stronę. Chciałam ich uspokoić, jednak Tony ciągnął dalej. - Ostatnio cały czas się mnie o coś czepiasz. Czego bym nie zrobił, jest źle. Starałem się jakoś rozluźnić pomiędzy nami tę napiętą atmosferę, ale to tylko pogarsza i tak już beznadziejną sytuacje. Jeśli ci coś zrobiłem lub jakoś cię skrzywdziłem, to przepraszam! Naprawdę nie chciałem! - powiedział, unosząc jednocześnie ręce w bezradnym geście. Widziałam, że Amy chciała coś odpowiedzieć, jednak przerwała, kiedy do kuchni wszedł Louis, zatrzymując się obok mnie.
- Coś mnie ominęło? - zapytał, patrząc na mnie. Zamknęłam jedynie oczy, wzdychając cicho.
- Nie. W sumie dobrze, że jesteś. Masz i zajmij się tą sierotą - mruknęła Amy, wciskając w ręce Louisa maść, po czym ominęła go i wyszła.
- Coś ty jej zrobił, że jest na ciebie taka wkurzona? - zapytał, patrząc na nas zaskoczony.
- Sam chciałbym to wiedzieć - odpowiedział, wzruszając ramionami. Widocznie cała nasza trójka zadawała sobie jedno i to samo pytanie. - Ale słyszałeś ją. Masz się mną zająć, więc możesz się cieszyć, ponieważ jestem cały twój - powiedział, rozkładając ramiona i zabawnie poruszając brwiami, na co Louis tylko z rozbawieniem pokręcił głową. Podszedł do Tony'ego, każąc mu się odwrócić plecami, aby móc posmarować rany maścią.
- Nie składaj mi tu jakichś niemoralnych propozycji przy mojej dziewczynie - powiedział, a na jego usta cisnął się lekki uśmiech, którego nie potrafił ukryć.
- Nagle jesteś takim grzecznym chłopczykiem? - Na to pytanie Louis uderzył przyjaciela w zranione miejsce. Nie zrobił tego mocno, jednak i tak Tony delikatnie się wzdrygnął, posyłając mojemu chłopakowi mordercze spojrzenie, dzięki czemu wywołał śmiech u mnie i  Louisa, po czym sam się do nas dołączył.
- Wiem, że są wakacje, ale nie szalej aż tak bardzo. Nie przekraczaj pewnych granic, ponieważ nie chcę później iść na twój pogrzeb. Może i jesteś najbardziej wkurwiającą osobą jaką znam, ale brakowałoby mi ciebie. - Widziałam, jak z każdym słowem na ustach Tony'ego, pojawia się coraz większy uśmiech. Sama musiałam przyznać, że to, co mówił Louis, było na swój sposób naprawdę urocze. Kiedy pierwszy raz ich poznałam, od razu rzuciło mi się w oczy to przywiązanie i braterska miłość, którą darzyli siebie nawzajem. Nie raz poprawiali mi humor, przedrzeźniając się i dokuczając sobie nawzajem. Poniekąd zachowywali się jak duże dzieci, co w sumie w nich kochałam.
- Dobrze mamo, już będę grzeczny - odpowiedział Tony, szczerząc się jak głupi, na co Louis teatralnie wywrócił oczami.
- Jako dobra matka powinienem cię teraz pocałować w czoło czy coś w tym rodzaju, ale chyba podaruję sobie te czułości - mruknął Louis, kończąc jednocześnie smarować rany Tony'ego. - Skończyłem, a teraz chodź, Meg - zwrócił się w moją stronę, odkładając tubkę z maścią na kuchenny blat.
- Gdzie się wybieracie? - zapytał zdziwiony brunet. Zatrzymałam się przy wyjściu, z uśmiechem odwracając się do chłopaka.
- Będę mieć prawdziwy tatuaż - powiedziałam z dumą, po czym razem z Louisem opuściliśmy kuchnię.
***
-Wiesz już, jak ma wyglądać ten tatuaż? - zapytał Louis, kiedy prawie dotarliśmy na miejsce. Przeniosłam na niego wzrok, w odpowiedzi kiwając głową. Już od dłuższego czasu wiedziałam, jak ma wyglądać mój pierwszy tatuaż. Nie chciałam, aby było to coś zwyczajnego. Wolałam raczej, żeby to coś dla mnie znaczyło i w końcu udało mi się stworzyć coś prostego, jednak oznaczającego wiele.
- Czy to bardzo boli? - zapytałam po dłużej chwili, podczas której oboje milczeliśmy. 
- Poczujesz delikatnie ukłucia, ale nie martw się. Nie jest to wcale takie straszne. Poza tym wiem, że jesteś dzielną dziewczynką, a jakby co, będę cię cały czas trzymał za rękę - powiedział z uśmiechem i jakby na potwierdzenie tych słów, ścisnął mocniej moją dłoń. Na moich ustach pojawił się delikatny uśmiech, dlatego pociągnęłam go lekko w dół, po czym szybko cmoknęłam go w policzek, na co on odwdzięczył się tym samym.

Po dokładnym omówieniu wszystkich szczegółów z tatuażystą, usiadłam na fotelu, uprzednio podciągając koszulkę do góry oraz rozpinając spodnie. Louis usiadł obok na krześle, przyglądając się przygotowaniom około czterdziestoletniego mężczyzny, który miał zrobić mi mój pierwszy tatuaż.
Wzięłam głęboki oddech, aby chociaż w minimalnym stopniu uspokoić bicie mojego serca. Nie mogłam zaprzeczać, że się nie stresowałam, ponieważ to byłaby nieprawda. Jednak pomimo strachu, który gdzieś tam się we mnie tlił, nie miałam wątpliwości, że chcę to zrobić. Zawsze marzyłam o własnym, niepowtarzalnym tatuażu, a to marzenie miało się za chwilę spełnić.
- Gotowa? - zapytał starszy mężczyzna, zajmując swoje miejsce. W odpowiedzi pokiwałam jedynie głową, po czym posłałam zestresowane spojrzenie Louisowi. Chłopak uśmiechnął się delikatnie, wziął moją dłoń, ścisnął ją i pocałował, dzięki czemu dodał mi tym drobny gestem naprawdę dużo otuchy.
Miejsce, na którym miał powstać tatuaż, zostało oczyszczone, a chwilę później poczułam pierwsze ukłucie. Lekko się wzdrygnęłam, jednocześnie mocniej ściskając dłoń mojego chłopaka. Musiałam przyznać, że zabolało.
- Wszystko dobrze? - zapytał cicho Louis, gładząc kciukiem moją dłoń. Czując kolejne ukłucia, przygryzłam wargę. Starałam skupić się na czymś innym, jednak nie za dobrze mi to wychodziło. - Porozmawiaj ze mną, okej? - zadał kolejne pytanie, na co odpowiedziałam cichym mruknięciem. - A więc... jak się w tym momencie bawisz? - zapytał rozbawiony. Miałam ochotę go uderzyć, jednak nawet nie drgnęłam, wciąż ściskając jego dłoń. Zauważyłam, że na ustach tatuażysty pojawił się prawie niewidoczny cień uśmiechu, jednak po chwili zniknął, jakby wcale go tam nie było, a mężczyzna ponownie całkowicie oddał się pracy.
- Opowiedz mi coś - szepnęłam. Louis przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, ostatecznie decydując się na historię o nim i o Tony'm, którą przeżyli w dzieciństwie.

Weszliśmy z Louisem do domu. Jak najszybciej chciałam pokazać Amy mój tatuaż, jednak od razu po przekroczeniu progu, zorientowałam się, że nie będę mogła tego zrobić, ponieważ w mieszkaniu nie było nikogo. Panowała całkowita cisza. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że z pokoju chłopaków dobiega cicha muzyka. Wiedziałam, że był tam Luke. Poznałam piosenkę, która kiedyś była naszą ulubioną. Słuchaliśmy ją na okrągło, leżąc obok siebie na łóżku. Zawsze gładził wtedy moją dłoń, nucąc cicho pod nosem. Pomagało mi to zasnąć i nigdy wtedy nie miałam koszmarów.
Przeprosiłam Louisa i zostawiłam go w korytarzu, po czym pobiegłam do pokoju, w którym znajdował się blondyn. Radośnie weszłam do środka, jednak zamarłam, kiedy zobaczyłam, że się pakuje.
Luke podniósł na mnie wzrok, uśmiechnął się delikatnie w moją stronę i kontynuował wcześniejszą czynność. Skonsternowana zmarszczyłam brwi.
- Czemu się pakujesz? Wracamy dopiero jutro wieczorem - powiedziałam.
Chłopak wreszcie zatrzymał się w miejscu, odwracając twarzą w moją stronę. Z jego ust uciekło ciche westchnienie. Zamknął oczy, jakby się nad czymś zastanawiał. Dopiero po chwili postanowił się odezwać, jednak jego odpowiedź mnie nie uszczęśliwiła.
- Wiem, ale... z rana mam samolot do Sydney - mruknął niepewnie, z uwagą obserwując moją reakcje. Stałam jak wryta w ziemię. Jeśli wcześniej widać było na mojej twarzy radość, teraz nie było na niej zupełnie nic. Przez dłuższą chwilę analizowałam jego słowa, jakbym nie chciała ich dopuścić do swojej świadomości.
- Jak to do Sydney? Przecież miałeś z nami lecieć do Londynu. - Pokręciłam z niedowierzaniem głową.- Luke. Proszę nie rób tego kolejny raz. Błagam, nie zachowuj się jak pieprzony egoista - powiedziałam z przejęciem, chwytając jego dłonie. Nie mogłam go ponownie stracić. Nie zniosłabym tego znowu.
Blondyn uśmiechnął się smutno, wyswobodził rękę z mojego uścisku, po czym delikatnie przejechał opuszkami palców po moim policzku.
- Możesz mnie nazywać jak chcesz. Egoistą, idiotą, dupkiem... Ale tak będzie lepiej. Robię to dla siebie, Louisa, a w szczególności dla ciebie - powiedział cicho.  Słysząc jego słowa, gwałtownie cofnęłam się do tyłu.
-Dla mnie? Jesteś śmieszny. Dopiero co cię odzyskałam. Ponownie mam przy sobie najważniejszą osobę. Odzyskałam przyjaciela, a ty znowu, tak po prostu chcesz zniknąć? - zapytałam z wyrzutem, zaciskając dłonie w pięści. Byłam jednocześnie zła, zawiedziona i zraniona. Powoli żałowałam, że ponownie wpuściłam go do swojego życia.
- No właśnie, Meg! Odzyskałaś przyjaciela! Nadal nim zostanę, nie ważne, gdzie będę w tym czasie przebywać! Ja... może i głupio to zabrzmi, ale staram się ratować twój związek - powiedział na jednym wydechu. Kiedy zauważył moją zdziwioną minę, podszedł do mnie blisko, złapał za dłonie i kontynuował. - Kocham cię- szepnął, patrząc jednocześnie w moje oczy.
- Ja też cię kocham - odpowiedziałam równie cichym głosem. Taka była prawda. Może nie kochałam go tak, jak kochałam Louisa, ale kochałam go. Kochałam go, jak Luke'a. Nie wyobrażałam sobie życia bez tego pieprzonego, egoistycznego dupka.
Chłopak zamknął oczy, westchnął cicho, przyciągnął mnie do siebie i oparł swoje czoło o moje. Objęłam go, przysuwając się jeszcze bliżej. Czułam, jak jego serce bije w szybkim tempie. Nie miałam pojęcia, że ta rozmowa aż tak bardzo go stresowała, ponieważ na zewnątrz wyglądał prawie jak jakaś oaza spokoju.
- W tym właśnie jest różnica. Ty kochasz mnie tak, jak kochasz Amy czy Tony'ego, a ja kocham ciebie tak, jak kochałem całe życie. Staram się jakoś temu zapobiec, ale nie potrafię. Myślałem, że z czasem to minie, jednak myliłem się. Kocham cię tak bardzo, że aż mnie to boli. Pragnę cię naprawdę mocno i kiedy widzę, jak Louis cię całuje, przytula, rozśmiesza, spędza z tobą czas, a ty dzięki temu jesteś szczęśliwa to... cholera. Jestem tak kurewsko zazdrosny, ponieważ to ja chciałbym być na jego miejscu, ale wiem, że nie mogę. - W moich oczach zbierały się łzy, jednak nie płakałam. Wpatrywałam się w blondyna, wsłuchując się w każde jego słowo. Nie miałam pojęcia, że będąc w moim towarzystwie, aż tak bardzo cierpiał. Tak strasznie cieszyłam się, że go odzyskałam, że nie zauważyłam, jak bardzo się męczył. Wiedziałam, że mnie kocha, jednak chyba nie chciałam dopuścić do siebie tej miłości. - Boję się, że przebywając z tobą, w końcu cię pocałuję, ale zrobię coś równie głupiego, a nie chcę zniszczyć twojego związku z Louisem, ponieważ wiem, że z nim jesteś naprawdę szczęśliwa - dodał, odsuwając się ode mnie o krok. Nie chciałam, żeby mnie puszczał. Chciałam, żeby nadal mnie przytulał. Chciałam czuć jego ciepło, ponieważ ono kojarzyło mi się z domem i bezpieczeństwem.
- Wiem, że byś tego nie zrobił. Ufam ci, Luke - powiedziałam cicho, robiąc krok w jego stronę, jednak on jedynie cofnął się, gwałtownie przeczesując włosy w geście frustracji.
- Ale ja sobie nie ufam - mruknął, siadając jednocześnie na łóżku. Chciałam do niego podejść, ale nie odważyłam się ruszyć z miejsca.
- Czyli już postanowione, tak? Wyjeżdżasz? - zapytałam. Nie starałam się ukryć smutku, ponieważ wiedziałam, że i tak by mi się to nie udało.
- Tak, ale nie martw się. Nie wyjeżdżam przecież na zawsze. Wciąż będziemy mieli ze sobą kontakt, a ja będę cię często odwiedzał. Nie mam zamiaru stracić cię na zawsze. Można powiedzieć, że potrzebuję chwili odpoczynku - powiedział, wzruszając ramionami, a na jego ustach pojawił się delikatny uśmiech.
- Miesiąc. Obiecaj mi, że przyjedziesz w przyszłym miesiącu - zażądałam stanowczo, wywołując u niego cichy śmiech, jednak uzyskałam twierdzącą odpowiedź, w postaci kiwnięcia głową.- Będę mogła przynajmniej pojechać z tobą na lotnisko? - zapytałam.
- Oczywiście. Przecież nie pojechałbym bez pożegnania... A teraz chodź tu i błagam, uśmiechnij się. - Podniósł się z miejsca, złapał mnie za nadgarstki, przyciągnął do siebie i zamknął w szczelnym uścisku. Wtuliłam się w jego ciało, wdychając przyjemny zapach.
- Przepraszam, że nie kocham cię tak, jak na to zasługujesz - mruknęłam w jego pierś. Poczułam lekki pocałunek w czubek głowy, po czym usłyszałam jego cichy głos.
- Nie masz za co przepraszać. Ważne, że jesteś szczęśliwa. A teraz pokaż mi wreszcie twój nowy tatuaż, ponieważ słyszałem, że miałaś robić. - Odsunął się ode mnie, dzięki czemu mogłam zaprezentować swoje nowe dzieło. Podciągnęłam koszulkę, odchyliłam delikatnie opatrunek, tak, żeby spokojnie mógł zobaczyć, co się pod nim kryje.
Przez chwilę przyglądał mu się z uwagą, po czym przeniósł zdziwiony wzrok na moją twarz. Jego oczy radośnie błyszczały. Wiedziałam, że chciał coś powiedzieć, jednak nie mógł znaleźć żadnych słów, które opisywałyby to, co czuł w tamtym momencie.
Na moim lewym biodrze widniał delikatny, kaligraficzny napis Light. Nóżka od litery L "podkreślała" wszystkie inne, mniejsze literki. Nad literą I, zamiast kropki, widniały trzy małe gwiazdki. Związane były one z biwakiem, na który zabrał mnie Luke, kiedy uciekliśmy wspólnie z domu dziecka. Pokazałam mu wtedy dwie, znajdujące się obok siebie gwiazdy moich rodziców i powiedziałam, że kiedyś znajdzie się tam również i moja. Wtedy też pierwszy raz prawie mnie pocałował. Ten symbol wiązał się również z prezentem, który dostałam od Louisa na urodziny, a mianowicie łańcuszkiem z zawieszką, składającą się z trzech gwiazdek.
- Light? - zapytał z nikłym uśmiechem. Ponownie się wyprostował, dzięki czemu znowu był ode mnie wyższy.
- A cóż innego mogłabym dać? Każdemu przecież potrzebny jest ten jedyny promyczek światła, czyż nie? To właśnie ty mnie tego nauczyłeś - Wzruszyłam ramionami i również się uśmiechnęłam.

Po niecałej godzinie wszystko było spakowane i gotowe na podróż. Luke'a nie było ze mną w pokoju od dziesięciu minut. Miał iść tylko się napić, jednak do tej pory nie wrócił. Postanowiłam sprawdzić, gdzie on się podziewa, ponieważ ta cisza (pomimo włączonej muzyki) zaczynała mi doskwierać. Przy okazji mogłam zobaczyć również, co robi Louis. Od kiedy zostawiłam go samego w korytarzu, nie pokazał się ani razu. Nawet nie było słychać żadnych oznak życia, wskazujących na to, że znajduje się w tym samym domu.
Zbiegłam po schodach, po czym skierowałam się w stronę cichej rozmowy. Od razu rozpoznałam głos Luke'a oraz Louisa. Podeszłam do drzwi, jednak nie weszłam do środka, tylko oparłam się o ścianę. Wiedziałam, że nie powinnam podsłuchiwać, ale kiedy usłyszałam, że rozmawiają o mnie, musiałam dowiedzieć się o czym mówią. Było pewne, że jeśli weszłabym do środka, oni od razu by zamilkli, a tego nie chciałam.
- Wiesz przecież, że nie musisz jechać. Poza tym, Meg wolałaby, abyś został. Mimo wszystko ona cię potrzebuje - powiedział Louis, cichym głosem. Ze zdziwienia wstrzymałam oddech. Nie sądziłam, że Louis kiedykolwiek będzie namawiał jakiegokolwiek chłopaka, aby ze mną został, a już w szczególności, jeśli chodzi o Luke'a. Przecież wiedział, co kiedyś do niego czułam i ile dla mnie znaczył, a jednak robił to właśnie ze względu na mnie.
- Wiem o tym, ale myślę, że ty również zdajesz sobie sprawę, że krótka przerwa jest potrzebna. Wydaje mi się, że domyśliłeś się, że ona nadal coś dla mnie znaczy i sam rozumiesz, przez co przechodzę, będąc z nią - odpowiedział blondyn. Chciałam zobaczyć reakcję Louisa, jednak nie mogłam pozwolić, aby zorientowali się, że ich podsłuchuję.
Po dłuższej chwili, podczas której panowała cisza i miałam już odejść, Luke ponownie się odezwał.
- Proszę cię o jedno.Opiekuj się nią i nie pozwól, aby ktokolwiek ją skrzywdził. Kocham ją tak cholernie mocno, że to wszystko rozsadza mnie od środka, ale już nigdy nie powiem jej tego w oczy, ponieważ ona kocha ciebie. Zawsze będę dla niej przyjacielem, bo ona jest dla mnie całym światem i jeśli choć jeden włos spadnie jej z głowy, przysięgam, że zrobię wszystko, abyś cierpiał wystarczająco mocno.
***
- Nienawidzę cię, wiesz?
-Tak, wiem. Ja ciebie również.
- Wracaj szybko debilu i nie znikaj znowu na tak długo - mruknęła Amy, wtulając się w tors Luke'a. Chłopak objął ją ramionami, wtulając twarz w jej włosy. Po krótkiej chwili odsunęli się od siebie. Amy stanęła obok Tony'ego, a Luke wreszcie skupił całą swoją uwagę na mnie. Powoli zrobiłam dwa kroki w jego stronę, zatrzymując się przed nim kilka centymetrów. Podniosłam głowę lekko do góry, aby móc spojrzeć w jego oczy. Chłopak uśmiechnął się delikatnie, co od razu odwzajemniłam. 
Za każdym razem, kiedy na niego patrzyłam, przypominały mi się jego wczorajsze słowa, skierowane do Louisa. Czułam nieprzyjemny ucisk w żołądku, a myśl, że w jakimś sensie go zawiodłam, nie dawała mi spokoju. Wiedziałam, że nie powinnam się tak czuć, ponieważ to nie była niczyja wina, ale jednak nie mogłam się tego pozbyć.
- Ej, nie rób takiej miny! Nie wyjeżdżam na zawsze. To tylko miesiąc! - powiedział rozbawiony, po czym złapał mnie za nadgarstki i przyciągnął do siebie, zamykając w szczelnym uścisku. Wtuliłam się w jego ciało, wdychając jego charakterystyczny zapach. Staliśmy tak przytuleni przez kilka sekund, minut albo godzin. Nie miałam pojęcia ile czasu trwaliśmy w tym uścisku i nie zwracałam na to najmniejszej uwagi. 
- Muszę już iść - szepnął mi do ucha, całując przy okazji mój policzek. Niechętnie się od niego odsunęłam, pozwalając pożegnać się z Louisem raz Tony'm, następnie złapał za rączkę od walizki i ruszył w stronę odprawy.
- Do zobaczenia, Luke - powiedziałam jeszcze cichym głosem, ruszając za resztą do wyjścia.
***
Nie mogłam uwierzyć, że wakacje tak szybko dobiegały końca. Dopiero co się zaczęły i byliśmy w Los Angeles, a teraz ponownie znajdowaliśmy się  w Londynie. Nie miałam dobrego humoru, ponieważ Amy musiała nas opuścić. Ona również nie tryskała szczęściem. Cały dzień była cicha i markotna, a to jeszcze bardziej się pogłębiło z chwilą zatrzymania samochodu przed domem dziecka.
Wszyscy czworo siedzieliśmy w aucie i  nikt z nas nie miał zamiaru ruszyć się z miejsca, jednak Amy ostatecznie cicho westchnęła, łapiąc za klamkę od drzwi.
- Pomóc ci z torbami? - zapytał Tony, odwracając się w jej stronę, na co ona pokręciła przecząco głową.
- Nie trzeba, poradzę sobie -  mruknęła jedynie, po czym wyszła. Chłopak zaklął cicho pod nosem. Widać było jego irytację. On również opuścił tę małą przestrzeń i zatrzymał się przed bagażnikiem, uniemożliwiając tym samym dziewczynie wyjęcie swoich rzeczy. Już miałam jakoś zareagować, jednak Louis powstrzymał mnie, chcąc im dać możliwość do rozmowy.
- Mógłbyś się łaskawie przesunąć? - zapytała z rezygnacją, starając się go jakoś przesunąć, jednak bez skutku.
- A czy ty mogłabyś łaskawie wytłumaczyć, co ja ci takiego zrobiłem, że aż tak bardzo nie możesz mnie znieść? - Sfrustrowany przeczesał ręką swoje włosy, ani na sekundę nie przerywając kontaktu wzrokowego.
- O co ci chodzi? - zapytała, wywracając oczami.
- O to, że cały czas staram się zrobić cokolwiek, abyś chociaż trochę mnie polubiła, ale ty z każdym moim słowem nienawidzisz mnie jeszcze bardziej! 
- Po pierwsze ja cię nie nienawidzę, a po drugie po jaką cholerę to robisz?! - Jej irytacja była coraz bardziej widoczna. Chciała jak najszybciej stamtąd iść, jednak nie mogła.
- Oh kurwa, jesteś taka ślepa - mruknął, po czym złapał ją za dłonie, przyciągnął do siebie i pocałował. 

Ponieważ czasem naszym jedynym sensem, jest ta jedna, wyjątkowa osoba.
Hello... It's Me!
Wiem, że pewnie chcecie mnie zlinczować, zabić i zamordować. Ja również mam na to ochotę (chociaż spodziewam się, że nikogo już tutaj nie ma). Wiem, że oczekiwanie na rozdział było bardzo długie, a na dodatek dostajecie coś tak beznadziejnego, ale... ja chyba się wypalam. Nie mam już chęci pisania tej historii (ale nie martwcie się, skończę ją na 100%, ponieważ przyspieszam akcję i zostały już jakieś 4 rozdziały + epilog) i to nie sprawia mi takiej radości jak kiedyś, a wręcz przeciwnie - męczę się pisząc to, co chyba widać po tak beznadziejnych rozdziałach.
Od razu mówię, że nie wiem ile mi zajmie pisanie kolejnego rozdziału. Postaram się spiąć poślady i zmusić się do pisania.
Do zobaczenia i trzymajcie kciuki!

2 komentarze:

  1. W końcu rozdział <3
    I wbrew temu co sądzisz, ja uważam, że wcale nie jest beznadziejny. Mnie się bardzo podobał :*
    Z niecierpliwością czekam na kolejny ;) <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajny rozdział! <3 Tak sobie czytam i czytam a tu *famfary* Tony x Amy ^~^ C U D O
    Moje komentarze zazwyczj są krótkie więc to tyle w temacie <3
    Pozdrawiam
    Lena

    OdpowiedzUsuń